Czy to skrzyżowanie? Gubią się kierowcy, policja i sądy. Przepisy są jasne, ale nie dla wszystkich
Wielu kierowców w Polsce otrzymuje mandaty, bo myli drogę publiczną z wewnętrzną. Problemem jest status własnościowy ulicy, którego nie widać na pierwszy rzut oka.
Kierowca parkujący w Rzeszowie przy ul. Kopaczewskiego myśli, że skrzyżowanie odwołuje zakaz postoju. Tyle że to, co wygląda jak skrzyżowanie, formalnie nim nie jest, bo jedna z przecinających ulic ma status drogi wewnętrznej. Kierowca dostaje mandat. I nie ma się co dziwić – skąd ma wiedzieć, że to droga wewnętrzna? Nie da się tego rozpoznać na miejscu.
Status prawny drogi to ukryta pułapka
Polskie Prawo o ruchu drogowym w pełnym zakresie obowiązuje tylko na drogach publicznych, w strefach ruchu i strefach zamieszkania. Ogromna część ulic w miastach wygląda jak zwykłe drogi z nazwami, znakami i asfaltem, ale formalnie jest drogami wewnętrznymi. Jak opisuje portal BRD24, od tego właśnie statusu własnościowego zależy, czy obowiązują pełne przepisy ruchu drogowego, w tym zasady dotyczące skrzyżowań odwołujących znaki.
Skrzyżowanie odwołuje znak ograniczenia prędkości czy zakazu postoju. Jeśli jednak jedno z przecięć to droga wewnętrzna – skrzyżowania w rozumieniu przepisów nie ma. Znak obowiązuje dalej. Kierowca nie ma fizycznej możliwości, by rozpoznać status prawny ulicy podczas jazdy. To tak, jakby państwo kazało mu zgadywać.
Rzeszów: miejsca, w których kierowcy tracą pieniądze
Portal BRD24 podaje konkretne przykłady z Rzeszowa. W rejonie ulic Kopaczewskiego i Sucharskiego kierowcy dostają kary za złamanie zakazu postoju. Jadąc od strony ul. Broniewskiego, nie mają możliwości legalnie zobaczyć znaku, jeśli nie cofną się pod prąd ulicą jednokierunkową. Po drodze mijają coś, co wygląda jak zwykłe skrzyżowanie – nazwana ulica, asfalt, znaki. Zakładają, że zakaz został odwołany. A to nieprawda.
Podobnych miejsc jest więcej: przecięcia ulic Lewakowskiego i Solarza, Asnyka z Sobieskiego w centrum, okolice ulicy Kozienia łączącej się z al. Powstańców Warszawy przy sygnalizacji świetlnej, a także rejon ulic Ustrzyckiej i Wadowickiej. Na tym ostatnim przykładzie kierowca może uznać, że przecięcie ulic odwołuje ograniczenie prędkości 30 km/h. Problem w tym, że Wadowicka – mimo nazwy i wyglądu normalnej ulicy – ma status drogi wewnętrznej i skrzyżowania nie tworzy.
„To nie jest normalne funkcjonowanie systemu bezpieczeństwa ruchu drogowego. To administracyjny chaos” – czytamy w materiale BRD24.
Służby też nie wiedzą. Mają wątpliwości
Problem nie dotyczy tylko kierowców. Gubią się na tych „niby skrzyżowaniach” także policja, straż miejska, biegli i sądy. Zanim podejmą decyzję, najpierw muszą ustalić status drogi. Czy to droga publiczna? Czy wewnętrzna? Czy ustanowiono strefę ruchu? Czy skrzyżowanie w ogóle istnieje prawnie? To spowalnia działania i podważa zaufanie do przepisów.
Autor, który jest także instruktorem nauki jazdy, zadaje niewygodne pytanie: jak uczyć młodych ludzi szacunku do prawa drogowego, jeśli system sam podważa jego przewidywalność? Na kursie tłumaczy się proste zasady: znak obowiązuje do skrzyżowania. Co jednak powiedzieć kursantowi, gdy to, co wygląda jak skrzyżowanie, formalnie nim nie jest?
Ministerstwo: przepisy są jasne. Kierowca: a jednak nie
W tej sprawie do Ministerstwa Infrastruktury wpłynęła petycja z propozycją zmiany przepisów. Postulowano, by przepisy Prawa o ruchu drogowym stosować do ruchu odbywającego się na każdej drodze lub terenie otwartym dla ruchu publicznego, niezależnie od formalnego statusu drogi. Pomysł opierał się na Konwencji wiedeńskiej o ruchu drogowym, która definiuje drogę jako powierzchnię „otwartą dla ruchu publicznego”.
Resort odpowiedział – jak podaje BRD24 – że obecnie obowiązujące przepisy „w sposób jednoznaczny i klarowny regulują kwestię ustanawiania stref ruchu i stref zamieszkania na drogach wewnętrznych”. Formalnie to prawda, ale w praktyce ogromna liczba dróg otwartych publicznie nigdy tak oznaczona nie została. I jak zaznaczają autorzy, polskie prawo nie daje możliwości ukarać zarządcy drogi za brak oznakowania.
Kierowcy mogą sprawdzić status drogi na stronie internetowej zarządcy – sugerują drogowcy. To rozwiązanie na „tu i teraz” nie zdaje egzaminu. Jadąc przez miasto, nikt nie zatrzymuje się, by sprawdzać mapy. Przepisy drogowe mają być czytelne dla każdego, bez konieczności analiz prawnych. I to jest realny postulat do zmiany.


